sobota, 11 października 2014

RockStar VII

Nareszcie znowu zabrałam się za pisanie! Kolejny rozdział dodany, jak zwykle zapraszam do czytania :)
________________________________________________
   Nie czekając na Krystiana razem z Jugenem wyszłam ze szkoły i bez słowa pozwoliłam się odprowadzić do domu.
   Teraz leżałam pod kocem i czekałam na śmierć. Żart. Właściwie, to żałowałam, że jednak nie było to prawdą. Usłyszałam ciche pukanie do drzwi.
   Wrota do mojego zamkniętego świata depresji zostały otwarte i ukazała się w nich czupryna mojego brata.
- Mogę wejść sweetheart?
   Na moje usta wpłynął leciutki uśmiech. Mimo tego, że w domu zawsze rozmawialiśmy po polsku, Krystian wplatał różne słowa z angielskiego, którymi mnie pieszczotliwie nazywał.
- Jasne.
   Chłopak wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Powoli podszedł do łóżka trzymając pudełko z moimi ukochanymi lodami ciasteczkowymi.
- Kupiłem je wracając ze szkoły. Wiesz... chyba cała szkoła już wie co się stało.
   Po moim policzku spłynęła kolejna gorąca łza, którą Kris starł mi kciukiem z twarzy. Podniosłam się do pozycji siedzącej i wtuliłam w jego klatkę piersiową zanosząc się płaczem. Brunet tulił mnie do siebie głaszcząc po plecach i wyszeptując uspokajające słowa, tak jak ja to robiłam lata temu.
   Kiedyś, gdy byliśmy małymi dziećmi to ja byłam prowodyrem wszystkich zamieszań w naszym domu. Należałam do bandy chłopców z osiedla, włóczyłam się z nimi po sadach i polach i uczestniczyłam we wszystkich idiotycznych zabawach wymyślanych przez moich przyjaciół. Wtedy Krystian był tylko moim cieniem, spokojnym chłopcem, który dobrze się uczył i czasem, chcąc pokazać, że umie się bawić dołączał do mnie i mojej paczki.
   Doskonale wspinał się po drzewach i to tam zwykle można było go znaleźć zaczytanego w kolejnej książce. Przesiadywał na jednej z najwyższych gałęzi drzewa orzechowego rosnącego za naszym domem.
   Był początek lipca, gdy razem z całą bandą postanowiliśmy pobawić się w chowanego. Miałam wtedy 8 lat, a Krystian 9. Zaproponowałam mu dołączenie do nas. Chłopak wyjątkowo tego dnia odstawił swojego Harrego Pottera na bok i postanowił pójść razem z nami. Zaproponował, że pokaże mi świetną kryjówkę w sadach naszego sąsiada - pana Daniełowicza. Bałam się jednak. Wiadomo było, że pan Daniełowicz bardzo nie lubił dzieci, a zwłaszcza tych, które miały czelność wejść na jego posesję. Straszył wszystkich swoim agresywnym psem, którego zawsze zabierał ze sobą na przechadzki. Mimo, że rottweiler Thunder wyglądał przerażająco nikt nie brał na poważnie gróźb starszego człowieka i dzieci dalej swobodnie przechodziły przez płot otaczający ziemie Daniełowicza. Od tego dnia nikt już jednak tego nie robił.
   Złapałam Krisa z nadgarstek i przejechałam palcami po ogromnej bliźnie zniekształcającej jego rękę. Pamiętałam to jak dziś. Brat pomógł mi przejść przez płot i pociągnął mnie w stronę najgęściej obrośniętego drzewa. Nagle znikąd pojawił się Thunder. Toczył pianę z pysk i wył biegnąc w naszą stronę. Wyrwał się swojego panu, gdy ten chciał mu założyć obrożę. Staliśmy osłupieni patrząc na bestię pędzącą w naszą stronę. Pan Daniełowicz biegł w naszym kierunku i krzyczał byśmy uciekali na drzewa, bo sobie nie poradzimy z wściekłym psem.
   Miałam problemy z wspinaniem. Krystian stojąc na ziemi starał się jak najszybciej wepchnąć mnie na najniższą z gałęzi. Udało mu się to, ale sam już nie zdążył do mnie dołączyć. Wściekły pies skoczył na niego i złapał rękę chłopaka w swoje szczęki. Słyszałam krzyk brata, który próbował zepchnąć z siebie kreaturę szarpiącą jego ręką.
   W momencie, w którym dobiegł do nas staruszek i ściągnął z Krisa tego potwora jednocześnie zakładając mu kaganiec i przygniatając do ziemi pojawiła się moja paczka. Zsunęłam się z gałęzi na trawę i doskoczyłam do mojego łkającego zakrwawionego brata krzycząc by ktoś pobiegł po pomoc. Do chwili, w której nadjechała karetka obejmowałam bruneta, tamując upływ jego krwi kawałkiem swojej własnej koszulki i krzycząc do niego by nie tracił przytomności, bo w przeciwnym wypadku skopię mu dupsko.
- Wiesz... - zaczął brunet wyrywając mnie z zamyślenia - są rany gorsze od tej. Na przykład te na duszy. Musisz tylko pamiętać, że każda się zabliźni.
   Uśmiechnęłam się lekko, ocierając słone krople o nadgarstek.
- Nie wiedziałam brat, że stałeś się tak miękki, by wygadywać pierdoły godne bohaterki przymulającego romansu - wyznałam z drwiną w głosie. - Dzięki za wszystko.
- Nie ma za co siorka - powiedział z smutnym uśmiechem.
***
   Tak jak dwa dni wcześniej siedziałam na stołku przed ladą. Pewnie się zastanawiacie co ja tutaj robię. Znowu. Oświecę was. Nikt nie postarał się podać mi godziny rozpoczęcia próby. Nie miałam najmniejszej ochoty pisać do tego posranego wokalisty, a inteligentnie nie poprosiłam Richarda o jego numer. Spytałam się barmanki - Cornelii o której zwykle zbierają się chłopcy. Ta zmierzyła mnie wzrokiem i wybuchnęła śmiechem. Okazało się, że przybyłam godzinę za wcześnie. Od czterdziestu minut sączyłam wodę z cytryną i żaliłam się wytatuowanej kobiecie stojącej za barem (głównie na charakter Ashleya). Klub oprócz nas i chłopaka myjącego podłogę był kompletnie pusty. Co się dziwić? Była dopiero 16;40
   Do środka wpadły dwie zadyszane osoby. All obejmował Samma w pasie szepcząc mu coś do ucha. Na twarzy bruneta kwitł coraz szerszy uśmiech, a jego policzki robiły się coraz bardziej czerwone.
   Pierwszy zauważył mnie blondyn. Wyraz zadowolenie błyskawicznie zszedł z jego twarzy zastąpiony przez mało przyjazny, wyzywający. Odsunął od siebie zdziwionego basistę mimo wszystko łapiąc go za rękę. Czekał na moją reakcję.
   Uśmiechnęłam się lekko.
- Słodko razem wyglądacie - powiedziałam.
   All nie słysząc nuty kpiny w moim głosie uśmiechnął się lekko. Nie mógł jej usłyszeć. Byłam kompletnie tolerancyjną osobą i uważałam, że każda miłość jest dobra, póki jest szczera i nikogo nie krzywdzi.
- Idziemy rozstawić sprzęt? - spytał Sam nic nie zauważając.
   Pokiwałam głową na tak idąc w stronę korytarza za barem. Gitara przyjemnie ciążyła mi w rękach, gdy niosłam futerał.
   Brunet podał mi kod otwierający drzwi do naszej (jak to pięknie brzmi) sali prób. Na początku nie dostrzegłam zmiany, która zaszła w pomieszczeniu. Po chwili dotarło to do mnie. Salka została dokładnie uprzątnięta, a w jednym miejscu został zagospodarowany dla mnie własny kącik. Stała tam mała szafeczka, pokaźnych rozmiarów wzmacniacz, czerwony, skórzany fotel i stojak, na którym mogłam oprzeć Mori. Korzystając z okazji usadowiłam się na meblu sprawdzając go. Był potwornie wygodny.
- Dobra dziewczyno, musisz nam coś pokazać. Walczyliśmy o ciebie ze wszystkich sił i tylko dzięki nam i Richardowi tutaj jesteś - słowa Alla wyrwały mnie z zadumy. Co miałam im pokazać?
- Co mam wam pokazać?
- Cokolwiek - wyrwało się brunetowi. - Coś, co nas wgniecie w ziemię.
   Wyciągnęłam roztargniona Mori z futerału i podłączyłam ją do włączonego wzmacniacza. Podniosłam się z fotela i zagrałam początek mojego dzwonka [ mojego też xDD przyp. aut.].
- Usatysfakcjonowałaś mnie dziewczyno - powiedział śmiejąc się All.
   Uśmiechnęłam się do niego i odłożyłam mój instrument na stojak. Właśnie ten moment wybrał sobie Rico na przybycie.
- Cześć wszystkim! Nasza oburzona królewna jeszcze się nie pokazała?
- Nie, Ashley jeszcze się nie pokazał - wymruczał Sam rozkładając się na kanapie. - Spóźni się pewnie pół godziny. W końcu sobie odeśpię.
   Brunet rozpiął bluzę i moim oczom ukazała się koszulka systemu. Uwielbiałam psychodeliczny obrazek na jej środku. Plakat go przedstawiający zdobił ścianę nad moim łóżkiem.
- Fajny t-shirt - powiedziałam z uśmiechem.
- Dzięki - odparł Rick układając się na drugiej sofie, leniwie przymykając oczy i kładąc pozbawione już butów stopy na jej podłokietniku.
   Widząc, że perkusista zasnął, o czym przekonał mnie jego miarowy oddech i wygładzenie się rysów twarzy oraz to, że All i Sam są zajęci sobą, wyciągnęłam z mojej torby "Po zachodzie słońca" Stephena Kinga.
   Mój drugi brat - Andrew, kupił ten egzemplarz 3 lata temu, gdy spędzał ze znajomymi wakacje jeżdżąc przez trzy miesiące po Polsce w fugonetce kumpla, mając przy sobie tylko plecak z trzema kompletami ubrań, śpiworem, szczoteczką do zębów i odtwarzaczem mp3. W ten sposób chciał pożegnać się z ojczyzną przed wyjazdem do stanów. Po trzech latach studiowania w kraju postanowił dokończyć naukę za granicą. Przeniósł się tam kilka miesięcy przed trafieniem Krisa do szpiatala i wyjściem na jaw jego sekretów.
   Tamtego dnia Andy wsiadł w jeden z pierwszych samolotów na kontynent i po dwudziestu godzinach siedział obok mnie na jednym z niewygodnych plastikowych krzeseł, jedną ręką ściskając moją dłoń, a drugą kubek z kawą. Był na nogach od trzydziestukilku godzin i jedynym powodem, dla którego nie stracił jeszcze przytomności była krążąca w żyłach adrenalia i strach, że gdy tylko zaśnie przyjdzie lekarz z nowymi wieściami na temat stanu Krisa.
   Zabrałam mu tą książkę, gdy odsypiał u nas na kanapie nieprzespane godziny, a sama nie mogąc zasnąć czytałam opowiadanie za opowiadaniem. Była to pierwsza z książek Stephena Kinga, którą przeczytałam. Od tamtej pory jestem zakochana w zbiorach krótkich opowiadań jego autorstwa.
   Byłam w połowie "Niemowy", gdy do pokoju wpadł zasapany Ashley. Specjalnie nie patrzył w moją stronę, jakby mój widok go odrzucał.
- Sorki za spóźnienie, musiałem pojechać z Sydney do lekarza.
  Rick, którego obudziło trzaśnięcie drzwiami spojrzał zaciekawiony na frontmana.
- Co się stało twojej pannie?
- Ma złamany nos. Nastawiali jej go wczoraj, ale ona stwierdziła, że ci idioci z ostrego dyżuru spartaczyli swoją robotę. Uparła się na wizytę u prywatnego chirurga.   - Ashley mimowolnie spojrzał na mnie zimno odpowiadając na pytanie - Nie chcę o tym gadać. Zaczynajmy już.
   Wstałam z fotela, wzięłam gitarę do rąk. Zaczęło się.
***
  Granie z kimś nigdy nie sprawiało mi nigdy takiego fanu. Słuchałam wcześniej ich utworów, ale nigdy nie miałam przyjemności słyszeć ich na żywo. Chłopcy wkładali w to tyle energii i emocji. Zakochałam się w tej harmonii, którą tworzyły dźwięki naszych instrumentów i męski wokal Ashleya. Gdyby nie był idiotą, byłabym jego fanką cicho zakochaną w plakacie swojego idola ubrudzonym szminką i schowanym pod łóżkiem.
   Jak w ekstazie wyszłam w późny wieczór tylnym wyjściem z klubu. Czułam ogromną radość, której nie mogły zaburzyć nawet ciągłe chamskie przytyki Asha. 
- Odprowadzić cię na stację?
   Odwróciłam się w stronę drzwi do klubu. Stał w nich Richard i spoglądał na mnie z lekki  uśmiechem.
- Jasne - odparłam.
   Brunet zrównał się ze mną i ruszyliśmy w stronę metra. Szliśmy w ciszy kilka minut, gdy chłopak się odezwał.
- Wiesz... nie przejmuj się Ashleyem. Jesteś świetna, on po prostu się do ciebie strasznie uprzedził. Nie bierz go za dupka. Zwykle nie trzyma długo urazy. Nie wiem dlaczego był dzisiaj dla ciebie jeszcze bardziej złośliwy...
   Spojrzałam na jego zakłopotany wyraz twarzy. Zachowywał się jakby musiał tłumaczyć komuś, że jego młodsza siostra go źle potraktowała bo ma dużo spraw na głowie, a nie dlatego, że jest suką.
- To ja złamałam nos Sydney.
Rico słysząc moje słowa stanął w osłupieniu. Zatrzymałam się dwa metry od niego czekając na jakąś reakcję. Spodziewałam się, że uzna mnie za agresywną świruskę i szybkim krokiem odejdzie, ale on roześmiał się tylko.
- No to rozumiem dlaczego cię nie cierpi - powiedział wciąż się uśmiechając szeroko.
   Odpowiedziałam mu na to niemrawym uśmiechem. Dalszą drogę kontynuowaliśmy w ciszy. Czułam się bardzo dobrze w jego towarzystwie, a atmosfera między nami była lekka, mimo, ze nie odzywaliśmy się do siebie ani słowem. Czasem przyłapywałam go na ukradkowym spoglądaniu w moim kierunku.
   Zatrzymaliśmy się przed wejściem do podziemi. Spojrzałam na bruneta chcąc się pożegnać i podziękować za odprowadzenie, ale on zaczął pierwszy.
- Może... chciałabyś gdzieś wyskoczyć razem w sobotę po próbie?
   Zamarłam na sekundę. Przez cały wieczór starałam się nie myśleć o Jake'u i bardzo dobrze mi to szło... do teraz.
- W sensie... na randkę?
  Chłopak zauważył moją gwałtowną zmianę nastroju.
- Jeśli nie chcesz, to nie musi to być randka... właściwie jeśli nie chcesz, to w ogóle nie musisz ze mną gdzieś iść... załóżmy, ze się nie pytałem... ok?
   Nie pozwalał mi dojść do głosu.
- Hej! Ja tego nie powiedziałam! Ja po prostu... właśnie zakończył się mój długi związek... chętnie bym z tobą poszła, ale zrozum... nie jestem w nastroju.
   Wytrącona z równowagi spojrzałam na wyświetlacz telefonu i zobaczyłam, że mój pociąg miał być za dwie minuty.
- Rick... Ja przepraszam, ale zaraz się spóźnię na pociąg. Pogadamy w piątek... okej?
 Nie czekając na odpowiedź zbiegłam po schodach na peron. Miałam przed oczami wyraz twarzy Jake'a gdy zorientował się, że wiem o jego zdradzie i skrzywioną twarz Richarda, gdy pomyślał, że go odrzuciłam.

2 komentarze:

  1. Zabić, czy nie zabić? Oto jest pytanie.
    Zabiła bym się za to że nie było tyle rozdziału, ale jestem w stanie to wybaczyć bo ten jest genialny '3' Kosiam Ash kosiam <3 A ta cała Sydney (czyt. Szmata EVER!) to... brak mi słów. Nie Ashley ją na kryje w łóżku z jakimś dupkiem i wypierdzieli ją na ten swój 'malowany' pysk. Myślę że makijaż zamortyzuje upadek...
    Życzę weny i mam nadzieję że NIEDŁUGO pojawi się NOWY ROZDZIAŁ XD
    ~Kinga :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się z tobą ~Kinga :3 co do joty tylko kiedy kolejny rozdział

    OdpowiedzUsuń